Są w polityce granice, których przekraczać nie wolno. Można się spierać, można ostro krytykować, można prowadzić bezkompromisowe debaty o wojnie, odpowiedzialności międzynarodowej czy moralnych konsekwencjach działań państw, ale to, co wydarzyło się w polskim Sejmie za sprawą posła Konrada Berkowicza, nie miało nic wspólnego z politycznym sporem. To był moment, w którym skończyła się debata, a zaczął wstyd – wstyd za poziom życia publicznego, za cynizm polityczny i za obraz Polski, który właśnie poszedł w świat.
Zastąpienie gwiazdy Dawida na fladze Izraela hitlerowską swastyką nie jest „manifestem”, „happeningiem” ani „mocnym symbolem”. To świadome sięgnięcie po jeden z najbardziej przerażających znaków w historii ludzkości. W kraju, który doświadczył okupacji, terroru nazistowskiego i Zagłady, taki gest ma ciężar nieporównywalny z żadną zwykłą polityczną prowokacją. To nie jest już kontrowersja. To jest przekroczenie granicy elementarnej odpowiedzialności.
Najbardziej poraża fakt, że w tym działaniu pobrzmiewa logika odpowiedzialności zbiorowej – dokładnie ta sama, która prowadziła w historii do najciemniejszych kart XX wieku. Nie można uznawać, że wszyscy obywatele Izraela odpowiadają za decyzje swojego rządu. Nie można automatycznie przenosić odpowiedzialności za działania władz na całe społeczeństwo, bo właśnie z takich uproszczeń rodzi się dehumanizacja, pogarda i nienawiść.
Tak, można i trzeba mówić o łamaniu prawa międzynarodowego. Można krytykować działania rządu Izraela w Strefie Gazy czy Libanie. To jest obowiązek ludzi polityki, mediów i opinii publicznej, ale czymś zupełnie innym jest krytyka rządu, a czymś innym wrzucanie całego narodu do jednego worka z symboliką nazizmu. To nie jest debata o prawach człowieka. To jest brutalna gra emocją i historycznym lękiem.
To właśnie dlatego nie mam wątpliwości, że poseł Berkowicz próbuje budować własny kapitał polityczny na antysemickich sentymentach. To klasyczny mechanizm taniego populizmu: wywołać szok, wzbudzić skrajne emocje, spolaryzować opinię publiczną i zebrać polityczne punkty wśród najbardziej radykalnej części własnego elektoratu. Problem polega na tym, że cena takiej strategii jest ogromna – płaci ją reputacja państwa, poziom debaty publicznej i bezpieczeństwo społeczne. Płacą ją wszyscy Polacy i Nasza Ojczyzna jako Wspólnota.
Ten skandal nie zatrzymał się przecież na granicach Polski. Błyskawicznie podchwyciły go zagraniczne media, a ostre słowa krytyki popłynęły między innymi ze strony ambasadora Stanów Zjednoczonych w Polsce. To kolejny raz, gdy polityczny eksces pojedynczego posła staje się problemem dla całego kraju i rykoszetem uderza w nasze relacje międzynarodowe.
Czy naprawdę o taki obraz Polski chodzi? O państwo, którego parlament kojarzy się z prowokacjami opartymi na symbolice III Rzeszy? O kraj, który zamiast być miejscem poważnej rozmowy o wojnie, pokoju i odpowiedzialności, staje się areną politycznych performansów będących nawoływaniem do nienawiści?
Niestety, w przypadku posła Berkowicza trudno mówić o jednorazowym wybryku. To raczej kolejny element dobrze znanego stylu politycznego, w którym liczy się skandal, medialność i chwytliwa prowokacja, a nie realna rozmowa o sprawach państwa. W pamięci opinii publicznej są już wcześniejsze incydenty – od głośnej sytuacji z zakupami w IKEA po sejmowe wystąpienie z butelką przypominającą flaszkę wódki. Każdy z tych epizodów obniżył rangę debaty publicznej, ale ten ostatni przebił wszystko.
Bo tym razem nie chodzi o śmieszność ani żenujący happening. Tym razem chodzi o symbole, które dla milionów ludzi są znakiem śmierci, nienawiści i największej tragedii XX wieku. W Polsce nie wolno nimi grać dla politycznego poklasku.
Dlatego nie wystarczy dziś oburzenie w mediach społecznościowych i kilka mocnych komentarzy. Ta sprawa wymaga jednoznacznej reakcji władz Sejmu oraz działań organów ścigania. Parlament nie może stać się miejscem, w którym dla politycznego zysku bezkarnie flirtuje się z symboliką totalitaryzmu.
Kraków – miasto otwarte, europejskie, budowane na pamięci i odpowiedzialności historycznej – nie może milczeć wobec takich scen. I nie powinno milczeć całe państwo. Bo są takie momenty, gdy milczenie staje się zgodą. A na takie działania zgody być nie może.
dr Dominik Jaśkowiec
Poseł na Sejm RP



