W polityce samorządowej emocje są czymś naturalnym. Miasto żyje, mieszkańcy reagują, politycy spierają się o kierunki rozwoju. Tak powinno być. Demokracja potrzebuje dyskusji, krytyki i kontroli społecznej. Ale potrzebuje też jednej fundamentalnej rzeczy — szacunku dla decyzji wyborców.
Dlatego dziś mówię jasno i bez żadnych niedomówień: do referendum nie idę. Nie dlatego, że uważam obecne władze za nieomylne. Wręcz przeciwnie — miałem swoje zastrzeżenia do kilku pomysłów pojawiających się w pierwszych miesiącach tej prezydentury.
Część projektów wydawała mi się zbyt daleko idąca, inne wymagały lepszego przygotowania i większych konsultacji z mieszkańcami. Jednak właśnie w takich momentach poznaje się styl rządzenia. I trzeba uczciwie powiedzieć, że prezydent Aleksander Miszalski potrafił wyciągnąć wnioski.
Najlepszym przykładem była dyskusja wokół parkowania w niedziele. Temat wzbudzał emocje, pojawiały się uzasadnione głosy krytyczne, a mieszkańcy jasno sygnalizowali swoje obawy. Ostatecznie prezydent złagodził projekt i pokazał, że słucha miasta.
W samorządzie to cenna cecha — umiejętność korekty kursu, kiedy społeczne oczekiwania są wyraźne. To właśnie dlatego uważam, że Kraków powinien dziś dostać czas na spokojną ocenę tej kadencji, a nie być wciągany w kolejną polityczną awanturę ledwie chwilę po wyborach.
Bo przypomnijmy: wybory odbyły się względnie niedawno. Mieszkańcy wypowiedzieli się w sposób jednoznaczny, wskazując kierunek na najbliższe lata. Próba podważania tego mandatu po tak krótkim czasie budzi we mnie poważne wątpliwości. Demokracja ma swój rytm, a tym rytmem są normalne, ustawowe wybory odbywające się co kilka lat. To wtedy należy uczciwie rozliczyć każdą władzę — z inwestycji, komunikacji, polityki mieszkaniowej, zieleni, walki ze smogiem, jakości usług miejskich i codziennego komfortu życia mieszkańców.
Dziś wolę patrzeć na Kraków odpowiedzialnie i długofalowo. Chcę obserwować, jak rozwija się miasto pod przywództwem Miszalskiego, jakie będą efekty rozpoczętych projektów i czy deklaracje przełożą się na trwałą zmianę jakości życia. To jest prawdziwy test samorządu, a nie polityczny sprint przed referendum.
Nie ukrywam też, że w tej całej sprawie istotny jest dla mnie jeszcze jeden element — intuicja polityczna. Dość wyraźnie widzę, jakie środowiska najmocniej próbują dziś zagospodarować emocje wokół zmiany w mieście. I mówię to wprost: nie jest mi po drodze ani z Konradem Berkowiczem, ani z Grzegorzem Braunem, ani z Braćmi Kamratami. Nie widzę w tych środowiskach wizji nowoczesnego, otwartego i europejskiego Krakowa. A właśnie taki Kraków jest mi bliski.
Grzegorz Lipiec


