Są podróże, które rodzą się z marzeń planowanych miesiącami, i takie, które powstają z nagłej zmiany losu. Ta historia należy do tej drugiej kategorii. Gosia Kiszniewska z Krakowa miała lecieć do Omanu, ale wybuch wojny w regionie w jednej chwili przekreślił wcześniejsze plany. Zamiast rezygnować, w niecałe dwa tygodnie zorganizowała z przyjaciółką zupełnie nową wyprawę. Padło na Etiopię – kraj skrajności, kontrastów i miejsc wyglądających jak z innej planety. Dla krakowianki, dla której to już kolejna fascynująca podróż, był to wyjazd pełen obrazów, które trudno wymazać z pamięci.
Podróż rozpoczęła się od bezpośredniego lotu z Warszawy do Addis Abeby. Już sam początek zapowiadał, że nie będzie to zwyczajny wyjazd. Stolica Etiopii, położona na wysokości około 2300 metrów nad poziomem morza, jest najwyżej usytuowaną stolicą Afryki. To niemal wysokość Rysów, co samo w sobie robi wrażenie, ale dla Gosi był to dopiero pierwszy akcent większej przygody.
Nie zatrzymała się tam jednak na długo. Z Addis Abeby niemal od razu poleciała dalej, na północ kraju, do Mekele. Lądowa podróż była odradzana przez miejscowych ze względu na wcześniejsze konflikty w Tigraju i zagrożenie napaściami. Lot krajowy okazał się bezpieczniejszym rozwiązaniem i otworzył drogę do jednego z najmocniejszych punktów całej wyprawy.
Z Mekele, już z lokalnym przewodnikiem, ruszyła do depresji Danakil w regionie Afar – jednego z najniżej położonych i najgorętszych miejsc na Ziemi. Sama droga prowadząca w głąb tego surowego krajobrazu była doświadczeniem wyjątkowym. Liczne checkpointy, uzbrojeni policjanci, wojskowi i miejscowi z AK-47 tworzyli scenerię, która przypominała, że to teren wymagający respektu.
Przez trzy dni Gosia przemierzała miejsca wyglądające jak krajobraz z innej planety. Solna pustynia Assale ciągnęła się po horyzont niczym lustrzana tafla, przywołując skojarzenia z boliwijskim Salar Uyuni. Jeszcze większe wrażenie robił Dallol – aktywny geotermalnie obszar pełen jezior kwasowych, siarkowych i potasowych, jedno z najbardziej toksycznych miejsc na świecie. Intensywne kolory mieszały się tam z realnym zagrożeniem, bo wystarczy chwila nieuwagi, by wpaść do śmiertelnie niebezpiecznego zbiornika.
Niezwykłym doświadczeniem okazał się Erta Ale, jeden z aktywnych wulkanów Etiopii. Jeszcze kilka miesięcy wcześniej można było oglądać tam rozlewiska lawy, dziś krater przede wszystkim dymi i miejscami się zapada. Sama możliwość chodzenia po jego powierzchni była dla krakowianki jednym z najmocniejszych momentów całej podróży.
Noce w Danakil miały w sobie coś z surowego reportażu survivalowego. Bez namiotów, pod gołym niebem, w obozach pilnowanych przez przedstawiciela społeczności afarskiej z karabinem przewieszonym przez ramię. To była Afryka w pierwotnym wydaniu – bez filtrów, bez wygody, za to z ogromnym poczuciem autentyczności.
Po ekstremalnej północy przyszła pora na Tigraj. Choć Gosia spędziła tam tylko jeden dzień, wejście do skalnego kościoła Abuna Yemata stało się jednym z najbardziej spektakularnych obrazów tej wyprawy. Świątynia, wykuta wysoko w skale, wymaga wspinaczki po niemal pionowych ścianach i przejścia wąskimi półkami zawieszonymi nad przepaścią.
Potem przyszedł czas na zupełnie inne oblicze Etiopii – zieloną Dolinę Omo na południowym zachodzie kraju. To tam do dziś żyje 16 plemion zachowujących własne zwyczaje, rytuały i styl życia. Przez tydzień Gosia odwiedzała między innymi społeczności Hamer, Ari, Dassanech, Karo i Benna, mieszkając w niewielkim Turmi.
Kolejnym przystankiem było Harar – miasto wpisane na listę UNESCO i jedno z najważniejszych miejsc świata islamu. Białe uliczki, historyczna zabudowa i atmosfera zupełnie odmienna od reszty kraju sprawiają, że to miejsce wydaje się osobnym światem. To właśnie tam można zobaczyć jedną z najbardziej niezwykłych tradycji Etiopii – nocne karmienie dzikich hien, które od pokoleń ma chronić mieszkańców przed tym, by zwierzęta nie wchodziły nocą do miasta w poszukiwaniu pożywienia.
Na zakończenie tej fascynującej podróży Gosia wróciła jeszcze do Addis Abeby. Stolica okazała się miastem skrajnych kontrastów – nowoczesne wieżowce wyrastają tam obok slumsów, a place budowy zdają się nie mieć końca. Był czas na galerie lokalnych artystów, Muzeum Narodowe z najsłynniejszym szkieletem Lucy liczącym 3,8 miliona lat i zwykłe włóczenie się po ulicach miasta.
Jednym z najmocniejszych wspomnień z Etiopii pozostała jednak kawa i cała ceremonia z nią związana. Ziarna pali się tam tuż przed przygotowaniem, mieli na miejscu i zaparza w tradycyjnym dzbanku. Towarzyszy temu kadzidło, a na podłodze nawet najmniejszych kawiarni rozsypana jest świeża trawa. To rytuał, który dla Gosi stał się jednym z symboli tego kraju.
Ta podróż miała być tylko planem awaryjnym. Dla Gosi Kiszniewskiej z Krakowa stała się jednak kolejną fascynującą wyprawą, która pokazała Etiopię w jej surowym, pięknym i nieprzewidywalnym wydaniu.




