W Krakowie w poniedziałek pojawił się argument przeciwników referendum, który można skrócić do tezy, że referendum jest złe, bo… kosztuje.
Brzmi niewinnie, a wręcz odpowiedzialnie! W końcu kto nie chciałby oszczędzać publicznych pieniędzy w czasie kryzysu finansowego miasta? Problem polega na tym, że to nie jest argument ekonomiczny. To jest argument polityczny, który uderza w samą istotę demokracji.
Bo jeśli uznamy, że z konstytucyjnych, demokratycznych narzędzi nie należy korzystać, bo są kosztowne, to robimy pierwszy krok w stronę bardzo niebezpiecznej logiki. Logiki, w której obywatel ma siedzieć cicho, bo „to się nie opłaca”, a to już nie jest demokracja. To jest jej karykatura.
Szantaż pod pozorem rozsądku
Sugestia, że „trzeba szukać pieniędzy”, że „miasta na to nie stać”, nawet jeśli nie pada wprost jako zarzut wobec referendum, ma jeden bardzo konkretny efekt: ma zniechęcić ludzi do działania. To jest miękki szantaż.
Bo co właściwie słyszy mieszkaniec?
„Masz prawo, ale lepiej z niego nie korzystaj, bo to kosztuje”.
„Możesz decydować, ale pamiętaj, że to nieodpowiedzialne”.
I jeśli tę logikę przyjąć, to przecież rodzi to dalsze konsekwencje…
Bo przecież konsultacje społeczne, sesje online, dostęp mieszkańców do dokumentów, wybory kosztują jeszcze więcej. Kampanie, komisje, organizacja głosowania – to są dziesiątki milionów złotych. Czy więc kolejnym krokiem ma być pytanie: czy nas w ogóle stać na wybory? To jest konsekwencja tej samej logiki. Logiki prowincjonalnego watażki.
Na marginesie- budżet Krakowa ma 11 miliardów złotych, referendum może kosztować maksymalnie 4 miliony.
Prawdziwy koszt Krakowa
Tyle że w tej dyskusji ktoś próbuje odwrócić uwagę od rzeczy zasadniczej. Referendum nie jest kosztem, a jest reakcją na koszt, który już ponoszą mieszkańcy. Koszt wyższych opłat za śmieci, bilety, strefę parkowania, podatków lokalnych. To są realne pieniądze mieszkańców wyciągnięte przez Miszalskiego i jego ludzi poprzez decyzje, które podejmowali.
Spójrzmy dalej. Przypomnijmy sobie, gdzie są setki tysięcy złotych wydawane na autopromocję prezydenta i jego środowiska – imprezy „dla mieszkańców”, które w praktyce stają się sceną polityczną dla jednej strony i nachalną kampanią wyborczą. To są miejskie wydawnictwa i gazetki, które zamiast informować, budują obraz władzy, w wszystko za publiczne pieniądze. To są decyzje personalne, które przypominają układ towarzyski. To wszystko kosztuje. I to kosztuje więcej niż referendum.
Referendum jako rozliczenie prezydenta
Dlatego referendum jest odpowiedzią, swoistym rachunkiem. który mieszkańcy wystawili obecnej władzy w Krakowie. I tu dochodzimy do sedna. Demokracja daje możliwość konkretnych mechanizmów kontroli władzy przez obywateli, którzy ją wybrali. Jeżeli ktoś próbuje podważyć ten podstawowy mechanizm, uznając że w praktyce nie można go stosować, bo władza mówi, że to się nie opłaca, to ze wspólnoty obywateli, stajemy się wspólnotą poddanych. Tego chyba nie chcemy?
Decyzja należy do Krakowa
Dzisiaj, patrząc po uruchomieniu przez Koalicję Obywatelską hejterskich profili w mediach społecznościowych (m.in. Soku z Buraka, który pokazuje ile to rzeczy zrobiłoby się gdyby mieszkańcy nie chcieli referendum) doszliśmy do sytuacji. w której trzeba odpowiedzieć sobie na jedno zasadnicze pytanie: czy Krakowianie chcą korzystać ze swoich praw, czy dadzą się przekonać, że lepiej ich nie używać.
Jeżeli już decydujemy się zapłacić za referendum – a zapłacimy niezależnie od tego, co ktoś dziś mówi – to jedyne racjonalne rozwiązanie jest jedno. Trzeba z niego skorzystać. 24 maja.
Michał Drewnicki
Radny Miasta Krakowa


![Michał Drewnicki: Lepiej wydać 4 miliony, niż stracić miliardy [FELIETON]](https://kk24.info/wp-content/uploads/2025/12/219ed97c-2958-4456-b705-5139217e3bbe-1024x683.jpg)